Mikrohistoria: Dom przy ulicy Partyzanckiej

Początek

Dom przy ul. Partyzanckiej jest sprzed pierwszej wojny, z początku XX wieku. Świadczy o tym sposób w jaki został zbudowany. Szerokie ściany nie są lite. Jest jeden mur z bardzo dużych cegieł, pustka i drugi mur. W środku jest piasek, jakby izolacja. Zaprawa jest bez cementu, czyli na samo wapno. Dookoła stały drewniane domy i prawie wszystkie nie istnieją. W okolicy ten dom oraz dom rodziny Wojnickich jako jedyne są tak stare. To dom pożydowski. Mieszkający w nim Żydzi zginęli. W tym miejscu było getto. Tuż obok jest synagoga. Żydów rozstrzelali na wzgórzu. Tam był rów – jakieś sto metrów od domu. Rodzina, która teraz mieszka w domu mieszka w nim od końca drugiej wojny światowej. Kupiła go od pełnomocnika, który miał dokumenty pozwalające mu dysponować domem. „Widocznie Żydzi wiedzieli, jakoś się zabezpieczali” mówi Grażyna, obecna właścicielka domu. Dom został kupiony przez jej dziadka – Bolesława i babcię – Helenę, z domu Stachańską, po pierwszym mężu Czubat, po drugim Sagan. Pod koniec drugiej wojny światowej przyjechali oni ze Wschodu, z Indury, z okolic Grodna do Rogóźna na pojezierzu. Zatrzymali się tam u brata Bolesława. To były tereny leśne. W tamtym czasie szaleli tam różni zbójnicy. Dziadkowie Grażyny byli tam u brata Bolesława w chałupie, pośrodku pustkowia, nad samym jeziorem. Miejscowa banda wiedziała, że do tego domu przyjechali bogaci ze Wschodu i napadali na nich. Pan Bolesław miał broń, parabelkę i za każdym razem, kiedy napadali uciekał, wiedząc, że samej kobiecie niczego nie zrobią. Mówiła, że mąż wyjechał i zabrał wszystkie pieniądze. Wcześniej Bolesław i Helena rozglądali się za domem do kupienia, ale nie spieszyli się. Kiedy napadli po raz jedenasty Helena była tym tak wykończona, że doznała czegoś w rodzaju szoku i uciekła w las w samej koszuli nocnej. Mieli dość tej sytuacji. Chcieli jak najszybciej zamieszkać między ludźmi. Stamtąd wyprowadzili się tutaj, do najbliższego miasteczka. Na początku wynajmowali cokolwiek i rozglądali się gdzie można kupić dom. Ten był pierwszy. U rejenta w Lublinie sporządzili akt sprzedaży. To był rok 1946. Odremontowali dom i zamieszkali. Kiedy się wprowadzili do domu ich dzieci były już dorosłe.

Ucieczka

Helena uciekła z obecnej Białorusi, ówczesnej Polski. Z pochodzenia była Polką, z Rogóźna. To była Polska pod zaborem rosyjskim. Urodziła się jako pierwsze dziecko w rodzinie. Tuż potem jej ojciec umarł, matka wyszła jeszcze raz za mąż. Z nowego związku miała dzieci, już pod innym nazwiskiem. Ona miała na nazwisko Stachańska, a tamte dzieci to były już Jarosze. Na niej, jako na najstarszej spoczywały wszystkie obowiązki. Tamte dzieci były już inaczej traktowane, a ona pomijana. Zaprzyjaźniła się z księdzem. To był ksiądz Kasprowicz z parafii Rogóźno. Ona do niego chodziła, pomagała mu, prała. On jej dawał zarabiać. Skarżyła się do księdza, że musi gdzieś być trochę lepsze życie niż tu. Miała wtedy piętnaście lat. To już był początek XX wieku, ale urodziła się pod koniec XIX wieku. Cały czas wiedziała, że gdzies musi być jakieś życie. Możliwe, że ten ksiądz miał jakieś radio, albo coś jej opowiadał o świecie. Postanowiła, że wyjedzie z domu w głąb Rosji. Wyruszyła w drogę. Ksiądz jej na drogę dał obraz, tkany. „Pan Jezus ucisza burzę”. Z tym obrazem przejechała przez Rosję, Krym, Moskwę i jak stamtąd wyjeżdżała przywiozła go tutaj. Ubrań nie przywiozła, a obraz tak. I tutaj, w tym domu ten obraz wisiał, później przejęła go Grażyna, jej wnuczka, i dała swojemu wnukowi.

Tam gdzie najpierw pojechała Helena, w Rosji, zaczynała się właśnie rewolucja. Panowała wielka zawierucha. W Moskwie chcieli ją złapać do burdelu. Gdzieś widziała jak za bochenek chleba kobieta oddawała karakułowe futro, bo taki był głód. Ludzie uciekali, przemieszczali się. Ona się tam rozejrzała. Zobaczyła, że nie ma co robić i postanowiła wrócić do Polski. Kiedy jechała w pociągu spotkała biologicznego dziadka pani Grażyny, swojego pierwszego męża. Zakochali się w sobie i osiedli właśnie w Indurze koło Grodna. Tam był majątek hrabiego Kozłowskiego, do którego poszli w poszukiwaniu pracy. U niego Helena służyła jakiś czas. Małżeństwo rozglądało się po świecie. W tej Indurze, to było takie miasteczko jak kiedyś to, była żydowska restauracja, a polskiej nie było. Natomiast niedaleko była granica. Helena wpadła na pomysł. Obok, blisko granicy stał garnizon polskiego wojska, który musiał jeść w żydowskiej restauracji. Otworzyła polską. Indura była wtedy już na terenie Polski, już nie było zaboru. To było po 1918 roku. Żeby móc otworzyć restaurację poszła do hrabiego zapytać, czy ten pożyczy jej 100 dolarów. Zapytał na co, pożyczył, ale pod warunkiem, że odda mu w dolarach. Wcześniej w czasie pracy u hrabiego przyglądała się jak gotują, jak podają. Kupiła to, co trzeba. Zaczęła gotować. Z pierwszych utargów odkładała tylko tyle, żeby mieć na towar, a za resztę jeździła kupowała dolary i oddawała hrabiemu. Potem kupiła dom, zatrudniła osoby, zrobiła masarnię. Mąż, jak mawiała Helena, tylko chodził i sejmikował. Ubierał się w szubę, ona pracowała, a on chodził i politykował. Później rozchorował się na tzw. galopkę, galopujące suchoty, czyli gruźlicę i w ciągu 6 tygodni zmarł. Miała 4 córki, 2 jej umarły, a dwie zostały – Tamara i Roma. Tamara wtedy już kończyła seminarium nauczycielskie, a Roma chodziła do handlówki. Wybuchła II Wojna Światowa. W tym czasie Helena paliła już papierosy, a wtedy palenie papierosów oznaczało, że ktoś jest światowy. Do tego była zawsze dobrze ubrana, wymalowana. Jej drugi mąż to był młody chłopak, dopiero po wojsku. Poznała go będąc w odwiedzinach w Rogóźnie. Miał 21 lat i prowadził mały sklepik wiejski. Zgodnie z opowieściami Heleny, kiedy jeździła z Indury do Grodna, żeby np. załatwić koncesję na alkohol, mijała po drodze 6 kiosków z piwem. Kiedyś w takich kioskach sprzedawali pompowane piwo. W każdym z tych kiosków wypijała po dwa piwa. Była bardzo gruba. Bolesław uwielbiał grube kobiety. Helena miała już wtedy ponad 40 lat. A on, jeszcze pryszczaty, zakochał się bez pamięci i tak wyjechali razem do Indury. On umiał robić wyroby. Był pracowity i oboje zaczęli zarabiać. Stali się bogaci. Przywieźli potem pieniądze do tego domu. To były złożone w ciasne ruloniki stare złotówki. Włożone do pudełka do butach. Było całe pudełko takich ruloników oraz trzy butelki litrowe bilonu. Za przedwojenne 2 złote można było pójść na zabawę, więc to był wielki majątek. Tę restaurację w Indurze sprzedała w 1939 roku, kiedy dowiedziała się, że się sowieci zbliżają. Ona była bogata, a już jakiś ludzi wywozili. Szybko udało jej się to sprzedać, wzięła ze sobą jedną córkę, po drugą pojechała do internatu, nawet z nią do domu nie wracała. To było już po 17 września po wejściu Rosjan, ale jeszcze był chaos i to wykorzystała. Byli tam tacy, którzy przeprowadzali przez granicę za zapłatą. Udało im się. Mama Grażyny, córka Heleny, Roma przyjechała z walizką z ubraniami jeszcze z internatu. W tym domu jeszcze stała ta walizka. W środku był ładny pasek do sukienki. Grażyna pytała się mamy, gdzie jest sukienka, a ta odpowiadała jej, że pasek wzięła, ale sukienki nie zdążyła. Ponadto była z nimi „ciotka”, która potem mieszkała z Heleną przez całe życie. Helenie była potrzebna dziewczyna do pomocy. Z Dratowa, spod Rogóźna, gdzie piszczała bieda wzięła do Indury dziewczynę, którą potem Grażyna nazywała ciotką. Ona również uciekała. Z obrazem, z drugim mężem, z ciotką i z córkami Helena znalazła się tutaj. Kiedy tu już zamieszkali przyszedł socjalizm i wymiana pieniędzy. I później tymi pieniędzmi bawiła się Grażyna, syn Grażyny. Przed remontem w domu, na dole była stara kuchnia fajerkowa. Helena siedziała w fotelu pod piecem, a w komórce były drewka narąbane do podpalania w kuchni. Konrad, syn Grażyny pamięta jeszcze, jak stały tam pieniądze. Najpierw Helena nie pozwalała ich wynosić Grażynie, bo powiedziała, że jak nowa władza zobaczy, że tyle tych pieniędzy jest to będzie źle. Potem już pozwalała. W butelkach były monety zwykłe i srebrne. Srebrne wzięła Tamara i zrobiła z nich biżuterię. Reszta służyła do zabawy w sklep.

Cichy lokal

Helena nie rozumiała nowej władzy. Opowiadała, że za demokracji to było tak, a za sanacji inaczej. Rozgraniczała. Socjalizm był dla niej nie do określenia. Nie akceptowała go. Przyjechała tutaj ze Wschodu, ale ludzie wiedzieli, że miała pieniądze. Nic się nie ukryło. Nie chciała współpracować z nowymi władzami, poza tym była tu obca. Bolesław umiał robić dobre wędliny jeździł na wieś, kupował pół świniaka, zabijał tam, przywoził. Przychodzili klienci, bo była bardzo dobra, swojska wędlina. Helena to sprzedawała. Jako dziecko Grażyna często musiała stawać w oknie, np. w poniedziałek, kiedy dużo ludzi z zewnątrz, ze wsi przyjeżdżało na handel, żeby nie weszła milicja. Do tego domu przychodzili coś kupić, wypić. Helena wszystko liczyła w pamięci. Zawsze kiedy był targ w poniedziałek to tutaj stały baty w kącie do poganiania koni. Wszędzie były poprzywiązywane do płotów konie i u Heleny tu zawsze siedzieli bogatsi gospodarze w oficerkach, z batami, a ona handlowała. Sprzedawała wódkę, jedzenie. Wódka to był dobry spirytus rozrabiany, do tego dobre pieczone wędliny. To był cichy lokal lepszego wyszynku. Helena wiedziała jak dobrze upiec schab, boczek. Klienci, którzy tu siedzieli i pili mówili, że przyszli w gości, ale oczywiście płacili. Stół stał w tym miejscu, co teraz i tu siedzieli goście. Dalej stał jeszcze jeden mały stolik, bo czasami przyszły dwa „towarzystwa” i tych drugich Helena sadzała przy stoliku. To było nielegalnie i po cichu. Radzili Halinie, że tutaj strach jest robić takie rzeczy, że emerytury nie będzie miała, powinna pójść do pracy. Obok domu była restauracja GS-owska, była połączona z dużym pokojem na górze domu, a chłopi i tak woleli wypić tutaj niż tam. Helena miała do użytkowania tylko dół domu i część góry, a duży pokój na górze od razu specjalnie dała pod wynajem na początku, żeby było na czynsz. W tej restauracji się zatrudniła. Chciała zupę gotować po swojemu, tak jak przed wojną, a tu było wszystko inaczej, po komunistycznemu. Buntowała się, że czegoś takiego ludziom nie poda. W pewnym momencie rzuciła tę pracę i dalej handlowała po cichu. Raz zrobili im rewizję, wszystko im zabrali – kupony, materiały, które Helena sobie kupowała, a Bolesław poszedł na 8 miesięcy do więzienia skazany za spekulanctwo. Ciotka już wtedy nie była „dziewczyną”, jak to się wtedy mówiło, tylko częścią rodziny, dlatego mała Grażyna mówiła do niej ciociu. Helena i obie jej córki – Helciu. Bolesław umarł w wieku 53 lat. Helena przeżyła obydwu mężów. Potem ona chorowała, opiekowała się nią właśnie ciotka. Helena uczyła ją jak ma sobie zarobić na życie jak jej zabraknie. Potem została sama ciotka i już Grażyna się nią opiekowała. Ciotka była analfabetką. Nie była spokrewniona z Heleną.

Spadek

Kiedy Helena kupiła ten dom w 1946 roku na górze zamieszkali rodzice Grażyny – Roma i Roman. Tam gdzie teraz jest łazienka i przedpokój była kuchnia. Bolesław, Helena i Helcia byli na dole. W 1948 roku urodziła się Grażyna. Siostra jej matki, Romy, druga córka Heleny wyjechała do Bydgoszczy, tam pracowała jako dyrektor przedszkola. Wyszła za mąż za mężczyznę, który miał dwie siostry i wychowywał się w Berlinie. Siostry lepiej mówiły po niemiecku niż po polsku. To byli Polacy, ale z zaboru pruskiego. Kiedy przyjechali do Polski, jak Polska pojawiła się już na mapach świata to one mówiły po polsku, ale np. mówiły tak: „Grażynko daj mi tego szmata”. Grażyna wspomina takie zwroty. Tamta rodzina jest w Bydgoszczy. Prawie wszyscy poumierali. Został tam tylko jeden brat cioteczny Grażyny – Jurek. Ich drogi się rozeszły z powodu domu. Helena umierając uznała, że musi coś zostawić Grażynie, którą wychowywała i jakoś ją zabezpieczyć. Pomijając innych spadkobierców napisała w testamencie, że wszystko dziedziczy Grażyna z zastrzeżeniem, że do końca życia w domu może mieszkać ciotka. Jurek, którego ojciec wymyślił, żeby dopominał się o prawo do dziedziczenia całości domu na rozprawie sądowej mówił, że dom należy się jemu, jako że Helena już Grażynę wychowała, nakarmiła, wykształciła. Sprawę przegrał.

Roma i Roman

Po urodzeniu Grażyna z rodzicami była na górze, a potem uciekała do babci, bo tamci się kłócili. Obydwoje „poszli w długą”. Teraz w domu nad telefonem na górze wisi ich zdjęcie. Grażyna modliła się, żeby się rozeszli i tak się stało. Roman, ojciec, mąż Romy często wyjeżdżał do sanatorium i w końcu nie przyjechał. Potem Roma „dawała czadu”. W końcu Roma wyjechała, Helena ją wyeksmitowała. Dała jej pieniądze, ubrała ją. „Oboje raboje, jedno i drugie, warci siebie” mówiła o Romie i Romanie Helena. Matka Romana, babka Grażyny z Lublina broniła syna. Roma była bardzo ładna, Roman bardzo przystojny, niby wzorcowa para, ale obydwoje byli dranni. Oboje pili, prowadzili życie hrabskie, wychodzili na balangi. Tutaj chodzili do restauracji, a kiedy trzeba było pojechać do Lublina to zajeżdżali do Europy, najlepszej restauracji. Dziecko miało niańki, a oni wpadali w alkoholizm. Roma nie umiała pracować, całe życie była damą. Helena załatwiła z bratem swojego męża, który wyjechał na ziemie zachodnie, żeby ją wziął gdzieś tam do pracy. Dała jej pieniądze, zabezpieczyła, żeby miała gdzie jechać. Pojechała, popracowała, dostała niewielkie mieszkanie, rentę i tam już została. Na stare lata przyjeżdżała czasami do Grażyny, ale nie było już między nimi więzi emocjonalnej. Kiedy matka wyjeżdżała na zachód Grażyna chodziła do czwartej klasy. Miała wtedy 9 lat, poszła do szkoły jako sześciolatek, o rok wcześniej. Helena zawołała wnuczkę, dała pieniądze dla matki, kazała pojechać z nią do Lublina, kupić bilet i razem z pieniędzmi dać jej wtedy, kiedy Roma już wsiądzie do pociągu i będzie miała odjeżdżać, żeby się nie rozmyśliła. Roma posłusznie pojechała z córką. Wyjechała do Raciborowic koło Bolesławca, daleko na ziemie zachodnie. Obecnie to województwo dolnośląskie. Grażyna postąpiła zgodnie z zaleceniami babci. Roma mówiła, że jak się tam urządzi to przyjedzie po córkę, ale to nigdy się nie stało. Odezwała się pierwszy raz, kiedy Grażyna była w pierwszej klasie liceum. Dostała list do internatu w Lublinie. Zjawiła się po latach, przyjechała do córki, kiedy ta już była samodzielna. Przyjeżdżała jeszcze jak Konrad, syn Grażyny, był małym dzieckiem. Odwiedzała ich i zawsze wyjeżdżała z awanturą. Roman zamieszkał u mamy w Lublinie, ale nie utrzymywał kontaktu z córką. Mówił, że nie jest jej ojcem. Przywoził go do niej jego ojciec, jak już była mężatką. To Helena wychowywała Grażynę jak matka. Mieszkańcy domu po wyjeżdzie Romy to: dwie Heleny – ciotka i babka Grażyny i Grażyna. Helena wyremontowała górę, gdzie wcześniej mieszkała matka. Na górze nie było już mebli – matka sprzedała prawie wszystko, co miała – został jej jedynie pierścionek z brylantem, który dała córce. Jeszcze przed wyjazdem Roma urodziła synka – Wojtusia, który po miesiącu zmarł. Urodził się w 8-ym miesiącu. Pierścionek z brylantem został sprzedany, bo były potrzebne pieniądze na pogrzeb. Grażyna nie wie, gdzie został pochowany. Roma została pochowana w Bolesławcu, a Roman w Lublinie.

Panieńskie nazwisko Grażyny to Guja, po ojcu. To nazwisko węgierskie. Jej ojciec pochodził w Lublina. Dziadek Grażyny, ojciec ojca mówił, że jego przodkowie przyjechali z Węgier. Grażyna myślała, że mówi głupoty, ale kiedy w dorosłym życiu pojechała na Węgry usłyszała od przewodnika o nazwisku Milosz, który był Węgrem, ale ożenił się z Polką i mówił po polsku, że w okolicach, w których akurat przebywali, co drugi ma na nazwisko Guja. Powiedział Grażynie, że Guja to znaczy stado, bo byli na terenach pastwiskowych, na których byli gujorze (czikosz był od koni, a gujorz od owiec). Ojciec Grażyny Roman był brunetem, miał urodę południową, więc wtedy Grażyna uwierzyła, że to, co mówił dziadek mogło być prawdą. Ponadto to nazwisko bardzo rzadkie w Polsce, gdzieś na północy kraju jest jakaś miejscowość o tej nazwie.

Remonty

Helena po wyjeździe Romy najpierw wyremontowała te pomieszczenia na górze, które córka opuściła. Potem poprosiła o zwrot drugiego pomieszczenia, w którym była restauracja. Było ich w domu dużo, wszędzie stały same łóżka, Grażyna rosła. Władzy potrzebny był ten pokój na gospodę. Helena wpadła na pomysł. Kiedy restauracja robiła odszczurzanie i wystawiła z tego pokoju wszystkie meble, było pusto to Helena wykorzystała ten moment. Rozbili zamek, postawili łóżko, kazali Grażynie na nim siedzieć i się nie ruszać, a w tym czasie zamurowywali wejście. Przyszła w końcu władzia I spytała, co robią. Helena odpowiedziała, że dziecko jest chore, potrzebuje dobrych warunków i tamci odpuścili. Kuchnia dla restauracji była obok. To pomieszczenie to była tylko część restauracji, stoliki były. Pokój w połączeniu z pomieszczeniami, gdzie obecnie mieszka pani Włodkowa to była jedna restauracja i te drzwi były takie, żeby można było przechodzić. Helena złapała kogoś, kazała szybko murować i wywalczyła to. Zrobiła remont, wymieniła podłogi i okna.

Pierwszy remont robiony przez Grażynę i Adama polegał na połączeniu schodami wewnątrz góry z dołem mieszkania, dwóch mieszkań. Przed remontem, kiedy jednego dnia Grażyna zeszła na dół, zobaczyła, że ciotka leży na podłodze po wylewie. Na dole, na miejscu obecnego salonu był przedpokój, pokoik ciotki, łazienka. Ściana szła półkolem, żeby ciotka miała swój pokoik. Wcześniej, przed remontem był taki pokój jak obecnie. Kiedy Helena umarła zostawiła swoją połówkę domu Grażynie, a Bolesława nie. Bolesław zmarł pierwszy, szybko, na raka, miał 53 lata, a Helena była już sparaliżowana i nie załatwiła dokumentów. Grażyna nie mogła sprzedać domu, chociaż byli kupcy. Prawnik poradził jej, że najlepiej czekać 30 lat i zdobyć całość domu przez zasiedzenie. Już w latach 80-tych Grażyna z mężem znowu remontowali dom, bo wszystko niszczało, kiedy oni mieszkali chwilowo gdzie indziej. Remont szedł powolutku, tak jak ich było stać – trwał siedem lat. Rozwalili ścianę na dole, tak, że zamiast małego pokoiku ciotki i korytarzyka znów był duży pokój.

Śmierć Heleny

Helena zmarła w wieku 77 lat, po drugim wylewie w 1972 roku. Miała dużą cukrzycę, o której nie wiedziała i dlatego piła dużo piwa. Później, jak już była tutaj zaczęły jej się rany na nogach robić i wtedy zbadali jej cukier, zaczęła się leczyć, ale choroba już zdążyła zrobić spustoszenia. Miała pierwszy wylet, potem żyła jeszcze siedem lat i drugi. Jeszcze po pierwszym wylewie bawiła dziecko Grażyny, Konrada.

Schody

Kiedy Helena dostała wylewu musiała być na dole, bo była sparaliżowana. Wtedy nie było bezpośredniego przejścia wewnątrz z dołu do góry. Chodziło się po schodach na zewnątrz. W internecie jest filmik z lat 70-tych, na którym wszystko widać.1 Na nim synowie Grażyny i Adama biegają po balkonie na starych zabudowaniach. Na strych też się wchodziło na zewnątrz. Strych był od początku w domu, ale wcześniej wejście było od balkonu, z zewnątrz. Na filmie widać, bo drabina stoi tak wysoko do samego strychu. Na strychu Helena zawsze trzymała wór soli, wór cukru, wór mąki, szare mydło. W domu nigdy nie było normalnego cukru, tylko się brało ze strychu.

Mieszkańcy na przestrzeni lat

Najpierw mieszkała tu żydowska rodzina, potem Helena z mężem Bolesławem, ciotka, córka Heleny – Roma, bo druga wyjechała od razu, ale znała ten dom, była tu. Potem już Roma z mężem, córka Romy – Grażyna z mężem Adamem i ich dzieci Konrad i Krzysztof. Helena z Bolesławem byli tu we trójkę z ciotką od początku. Ciotka miała nadzieję, że starsza o 20 lat od niej Helena umrze, a ona wyjdzie za mąż za Bolesława, ale nic z tego nie wyszło, bo to Bolesław umarł pierwszy. Ciotka dostała wtedy histerii. Poza tym było jej dobrze w domu, bo wszystko tu miała. Szwędała się. Miała co jeść i pić i ubranie, a była głupia, „nawet na ulicę sama nie wyszła”. Bolesław zapisał na Grażynę całą książeczkę. Miał swoje kawalerskie pieniądze. Bardzo lubił wnuczkę. Grażyna go czesała, a on mówił, że to jego Jola i mówił, że nikt mu tak nie uprasuje koszuli, jak ona. Nawet ciotka. Grażyna nie umiała prasować, ale przez jego słowa się nauczyła. Nie chciała, ale prasowała, a on mówił „o, to jest uprasowana koszula”. Odkładał pieniądze i była to dość duża suma. W tym czasie Grażyna z Adamem jako świeżo pobrana para nie mieli zbyt dużo pieniędzy. Bolesław zmarł w styczniu i bank powiedział Grażynie, że ma u nich pieniądze. Powiedzieli jej w tajemnicy, że to Bolesław zostawił. Wtedy ciotka się zdenerwowała, że jej nic nie dał. Została starą panną i trzymała się tej rodziny, bo nie umiała nic zrobić, żeby pójść gdziekolwiek indziej. Robiła to, co jej się kazało, ale nie umiała czytać, pisać ani liczyć. Zmarła kiedy Konrad, syn Grażyny i Adama był w szóstej klasie.

Veritas

W wieku trzydziestu paru lat Adam rozchorował się na raka. Wtedy otworzyli Veritas, żeby mieć dodatkowy zarobek, bo z jednej nauczycielskiej pensji Grażyny trudno było się utrzymać. Napisali do Warszawy, że chcą wynająć duży pokój na górze na Veritas i otworzyli sklep – dewocjonalia. Grażyna była kierowniczką. To wszystko działo się w czasach komuny. Veritas właściwie otworzyło sklep, Grażyna była pracownikiem, ale poprosiła dyrektora szkoły, żeby być w szkole na pół etatu, bo tu była kierowniczką. Adam był pracownikiem na pół etatu jako rencista. Mało zarabiali, ale cokolwiek. Mieli, żeby żyć. W 1982 kupili kolorowy telewizor Neptun. Stał w pokoiku na zapleczu przy kasie pancernej – w pokoiku obok dużego pokoju – tam było biuro.

Mieszkanie

Jednego razu Grażyna przyszła z pracy i zobaczyła, że na zapleczu sklepu siedzi Adam, jego koledzy i piją wino mszalne. Wtedy postanowiła starać się o mieszkanie. Ponadto, cała góra była zajęta na sklep, mieli dwójkę dzieci, sami spali w kuchni. Dookoła biegały szczury, nie było warunków. Dom nadawał się do remontu, Adam był chory. Nie chciano jej przyznać mieszkania, bo pół domu na Partyzanckiej było jej własnością. Takie było wtedy prawo. W końcu jej się udało. Przepisała swoją własność na nieletniego wtedy Konrada. Znalazła adwokatów. Konrad był wtedy w Białowieży w szkole, miał 15 lat. Grażyna toczyła boje, żeby dostać mieszkanie. Mówiła, że ktoś przyjeżdża z Chełma, czy innych miejscowości i dostaje mieszkanie, a ona rodowita nie może. Chodziła do szpitala po zaświadczenia o chorobie męża. W końcu poszła do prezesa, obgadała to, a on powiedział, że dostanie. Grażyna musiała czekać w kolejce. Miała dostać mieszkanie w innym bloku, który jeszcze nie został zbudowany. Inny już zasiedlali, ale ktoś, kto miał mieć na VII piętrze zrezygnował i ona zaczęła starać się o to. To było własnościowe, bo tylko własnościowe dawali przed upływem 6-ciu lat. Adam wziął kredyt w banku. Jako że mieszkanie było własnościowe, a nie spółdzielcze, mogli sobie wybrać, które chcą piętro, jakie mieszkanie, ale Grażyna zdecydowała, że tu już mogą się wprowadzać na VII piętro, a tam muszą jeszcze może rok czekać i na wypadek, gdyby przez ten czas prezes się rozmyślił to weźmie to. Wszyscy się przeprowadzili, dom stał pusty. Sklep jeszcze był, ale już ktoś inny go prowadził. Potem tamci też zrezygnowali. Do domu wprowadzili się z powrotem w 96-tym roku.

Milczący świadkowie przeszłości

W domu zostało trochę rzeczy po dawnych mieszkańcach. Stoliczek, który obecnie stoi na dole jest po Helenie, stolik na górze po Romie. Za komuny Grażyna wyceniała stoliczek i miał ponad sto lat – mówili, że to XIX wiek. Szufladka już ledwo chodzi. Wiele cennego nie zostało. Reprodukcja, która wisi teraz w pokoju na dole to jeden obraz z sekwencji obrazów. Należał do Heleny. Wszystkich jest cztery albo pięć i przedstawiają historię tego, jak niedźwiedzica broni ludzkiego dziecka, bo je wychowała. Ten obraz przedstawia jak ludzie idą odebrać to dziecko, a niedźwiedzica broni wejścia do gawry. Grażyna wiele rzeczy pooddawała. Roma swoje meble posprzedawała, został tylko stolik. Był bardzo piękny kredens. Żelazne łóżka, które teraz stoją na górze nie są stare, ale stały wcześniej takie same. Adam wpadł na pomysł, żeby postawić takie same łóżka jak były u Heleny i takie znalazł. Ponadto leżanka, której się teraz nie używa, niby szezlong. Kanapa, która nie miała skrzyni, na nóżkach i pufka nie wiadomo gdzie są. To mogło być kiedyś na strychu, ale w domu robiło się porządki, bo i dach był robiony, więc się wyrzucało co jakiś czas coś.

Przyjaciele domu

Częstymi goścmi w domu, jak już mieszkali w nim po remoncie Grażyna z Adamem to był lekarz weterynarii Duda z żoną oraz Michalikowie. Z Dudami grali w brydża. Była też Brusowa, nauczycielka. Szwagier przychodził. Kiedy mieszkała tu Helena to nie było gości, bo ona była wyobcowana. Nie była stąd, a to miasteczko należało do tych, gdzie ludzie byli z dziada pradziada. Ona była “ptokiem”. Tu były “ptoki” i “krzoki”. Nie znała ludzi, nie chciała się rzucać w oczy, bo była w innej opcji politycznej, ale z czasem było trochę ludzi. Kwiatkowscy z Zofiówki – porządni ludzie. Helena nie plotkowała i nie każdego obdarzała zaufaniem. Musiała kogoś poznać, zobaczyć, że to uczciwy, prawomyślny człowiek, jeśli nie to trzymała się na dystans. Stałym gościem był kościelny – Jan Sęk. Zawsze przybiegał na 100 gram przed dzwonieniem. To nie był gość, ale przychodził codziennie przez długie lata. Jeśli chodzi o sąsiadów to Helena utrzymywała kontakty z Włoszkami. Tu gdzie teraz jest dom sąsiadów, przez ścianę, wcześniej było śmietnisko. Ludzie wysypywali śmieci i Bolesław poszedł do magistratu i powiedział, że on uprzątnie te śmieci i to wszystko, ale żeby mu to oddać to on będzie tu ogród robił. Zrobił tu piękny warzywny ogród, ale później władza się o to upomniała. Ten ogród był jeszcze, kiedy Grażyna była mała. Ogród i drewutnia. Władza chciała tę działkę i powiedzieli, że albo się wybudują w tym miejscu, albo muszą ją z powrotem odstąpić. Nie chcieli się budować, bo Helena była już stara, więc zdecydowali, że ją komuś odstąpią, ale tak, żeby mieć dobrego sąsiada. Starał się taki fotograf Kubiak, ale znalazł się taki o nazwisku Włoszek i on się tu wybudował. Mieli z nimi dobrą komitywę. Do domu przychodziła też Monika Matysowa. Jej mąż był czapnikiem. Przez jakiś czas Helena przyjaźniła się też z Wojnickimi, ale później było jej „nie po nosie”.

Helena

Grażyna mówi o niej: „Była wybredna jeśli chodzi o znajomych i przyjaciół. Sama była stateczna, uczciwa, wiedziała, co dobre, co złe. Można było na niej polegać.” Była odważna. Na początku XX wieku bez wykształcenia i sama wyjechała w świat. Szaleństwo Romy, córki Heleny, było odziedziczone raczej po jej ojcu, była damą, a jej siostra była zupełnie inna – pobożna i stateczna. Helena z drugim mężem nie miała dzieci, a jej córki mówiły do niego panie Bolku. Trudno im było powiedzieć „tato”, bo był w wieku ich mężów. „Ta rodzina cała dziwna.” mówi Grażyna.

Kiedy Helena już była sparaliżowana, Bolesław nie żył, a ciotka pokazywała swoje fochy, Grażyna urodziła starszego syna Konrada. W tamtym czasie nie można było znaleźć niani, bo każda wolała być na państwowej robocie. Grażyna potrzebowała pieniędzy, nie mogła pójść na bezpłatny urlop wychowawczy, więc po 3-ech miesiącach, bo tyle trwał płatny urlop macierzyński, musiała iść do pracy. Konrad urodził się 28 sierpnia. Ona pod koniec listopada szła do pracy i nie miała z kim zostawić dziecka. Adam też pracował w tym czasie. Poprosiła wtedy ciotkę o popilnowanie, ale ona się nie zgodziła. Prosiła ją, namawiała, ale ta odmawiała. Grażyna była zrozpaczona. Wtedy zawołała ją Helena. Siedziała sparaliżowana pod piecem. To był rok 1969, a umarła w 1972. Helena wysłała wcześniej po coś ciotkę i powiedziała do Grażyny, żeby przyniosła jej wózek, tylko ma opatulić małego, przynieść pieluszkę, naszykować jedzenie, picie, okręcić w coś, żeby trzymało ciepło i postawić wszystko obok niej. Grażyna w pracy siedziała jak na szpilkach. Wróciła, a tam dziecko spało spokojnie, obok leżały zwinięte brudne pieluchy, a Helena kołysała wózek. Helena opowiedziała, że dziecko płakało, ona je mogła tylko kołysać, a ono płakało dalej. Helena miała sprawną tylko lewą rękę. Kiedy trzeba było go przewinąć to rozwijała go tylko jedną ręką, ale nie mogła wszystkiego nią zrobić. W końcu ciotka krzyknęła, że niepotrzebnie Helena wzięła skoro, nie umie nic zrobić przy dziecku i sama je przewinęła, położyła. Potem jak dziecko znowu płakało kiedy jadło chłodne jedzenie to ciotka nie mogła wytrzymać i przygrzała. Po dwóch dniach ciotka była już zakochana w małym Konradzie.

Ciotka

To samo było później z młodszym bratem Konrada – Krzyśkiem. Grażyna zrobiła to samo, co z pierwszym dzieckiem. Zostawiła je, Helena już wtedy nie żyła. Wtedy na drugi dzień ciotka wyszła z domu, ale Grażyna akurat miała na później do pracy, więc zostawiła dziecko, kiedy ta już wróciła. Po kilku dniach już bawiła Krzyśka.

Kiedy ciotka dostała wylewu to już nie mówiła nic poza „nu, nu, nu, nu”. Jednego dnia zaczęła mówić „nu, nu, nu” Grażynie, która próbowała zgadnąć, co się stało. Zgadywała aż dotarła, że ktoś jest winny ciotce pieniądze. Sąsiad, który mieszkał w kierunku Lublina był winien ciotce tysiąc złotych. Grażyna pomyślała, że to muszą być Kwiatkowscy. Ona potwierdziła, a Grażyna pojechała do Kwiatkowskich i powiedziała, żeby jej oddali. Przywieźli jej.

Ciotka bardzo chciała pojechać do Dratowa, skąd pochodziła. Dratów to jest teraz wieś ukraińska. Wyobrażała sobie, że tam będzie szczęśliwa, miała jakieś wspomnienia z dzieciństwa. Tam była wnuczka jej najstarszej siostry – Jaśka, ale nie utrzymywała z nią za bardzo kontaktów. Kiedy raz Grażyna przyszła ze szkoły w jej imieniny, ona płakała. Była już po wylewie. Mówiła „nu, nu, nu”. Grażyna poznała, że ją okradli. Jednak w domu wszystko było. Stało radio Grundig, leżały pierścionki Grażyny. To były imieniny ciotki, więc Grażyna spytała jej, kto ją odwiedzał. Była Podgórska, taka sąsiadka, czapniczka była, Włoszkowa, Marysia. Grażyna powiedziała, że w takim razie idzie na policję i policja u czapniczki, u Podgórskiej, u Włoszkowej zrobi rewizję. Ciotka nie była mądra, nie orientowała się. Na pytanie, co jej ukradli podniosła poduszkę, a tam nic nie było. Wcześniej chowała tam pieniądze, które jej babcia zosatwiła. Miała między innymi złotą monetę, pierścionek i trzymała to pod poduszką. Ona chodziła jeszcze, ale nic nie mówiła. Wtedy Grażyna spytała, czy to była Jaśka. Ona potwierdziła. Grażyna zgadła, że ciotka sama wszystko oddała Jaśce. Ciotka potwierdziła, że wszystko dała, bo chciała do Dratowa pojechać. Oddała im wszystko, a potem zdała sobie sprawę, że jej tam nie chcą. Kiedy robiony był jakiś remont Grażyna zdecydowała, że zawiezie ciotkę do Dratowa na 2 tygodnie. Przywieźli ciotkę. Ona zapłakana dała Grażynie tamtą monetę od Heleny.

Guja Jakub

Dziadek Grażyny od strony ojca, Jakub Guja był w armii Austrowęgier i z armią jakoś znalazł się w Chełmie i poznał się tu z Sabiną, babką Grażyny, która była chełmianką. Ona się potem powiesiła. Sabina była z domu Pietraszewska. Siostra cioteczna Grażyny znalazła dokumenty, które mówiły że matka Sabiny, po mężu Pietraszewska, z domu była Frankel. Jakub i Sabina osiedlili się w Lublinie. On był kierowcą Wojewody Lubelskiego przed wojną, więc dostał mieszkanie, „dekafkę” – przedwojenny samochód osobowy DKW, którą woził wojewodę, ale sam też czasami nią jeździł. Grażyna ma nawet zdjęcie przy niej. On później poszedł na emeryturę, Sabina nigdy nie pracowała, dostała wylewu. Mieli troje dzieci. Roman Guja, tata Grażyny, jako jedyny z nich wszystkich był niepoukładany. Jego brat był w Warszawie, a siostra w Lublinie. Grażyna mówi o Romanie i Romie, swoich rodzicach: „jakby się szukali w korcu maku takie dwa.”

Narodziny i śmierć

Grażyna rodziła się w tym domu, na górze, w małym pokoiku, jej dwaj synowie, ale już nie w samym domu, tylko w szpitalu. Jeden z wnuków Grażyny – Piotrek, bo kiedy się rodził to przez chwilę mieszkał tu Krzysztof z żoną Anną. Umarł tu Bolesław, ciotka, Helena, Adam. Adam w dużym pokoju na górze. Tu również umierał Bolesław. Ostatecznie umarł w szpitalu Grażyna była tu przy śmierci Bolesława, Heleny, ciotki i Adama. W tym samym pokoju i w tym samym miejscu stała trumna zarówno Bolesława, jak i Adama. Helena umarła w szpitalu, tam już ją ubrali. Wtedy już były inne czasy niż kiedy umierał Bolesław, nie trzeba było brać do domu. Ciotka Helka umarła w domu, w swoim pokoiku, przewróciła się i drugiego wylewu dostała. Grażyna zawołała lekarza, który stwierdził zgon i powiedział, że trzeba szybko ubierać, bo będzie stężenie ciała. Grażyna ubrała ją sama.

Spotkanie po latach

Roma nie miała już drugiego męża. Z Romanem nawet nie wzięli rozwodu, żadne z nich się drugi raz nie pobrało. Spotkali się raz po latach w tym domu. Akurat Roma była w odwiedzinach u córki i przyjechał ojciec Romana, który go przywoził. Roma siedziała z ciotką i siostrą Romana. Kiedy Roman wszedł i zobaczył, od razu uciekł, zbiegł na dół, a ciotka tam sprzedawała wódkę na kieliszki. Pił aż się odważył pójść na górę. Potem Roma miała pretensje do córki, że nie wymyśliła nic, żeby rodzice do siebie wrócili.

Zwierzęta

W domu były koty, psy, świnie (Klemens i Kleopatra), kury, kawka, która była tak oswojona, że tylko się wołało „Małgosiu” i ona przylatywała. Świnie i kury były w domu, dlatego, że zbliżał się stan wojenny. Grażyna i Adam zdecydowali, że kupują dwa prosiaki i pojechali do Brońskich na wieś. Sprzedali im jedną świnię, a na dokładkę dołożyli „zdechlaka”, czyli świnkę, która miała wyżyć, albo nie. Adam tak doglądał świń, że obie były wypasione, wykarmione. Mył je szlauchem i wyprowadzał na spacery. W końcu zostały zjedzone.

Adam pracował na stacji. Stawali na niej kierowcy, którzy wozili wiele rzeczy. Zdarzyło się, że przynosił do domu koncentraty, itp. Jednego dnia przywiózł około piętnaście kurcząt z połamanymi skrzydłami, kalekich, powykrzywianych. Przekonywał, że były bardzo tanie, po trzy złote, i że je odchowa. Doprowadził do tego, że kury wyzdrowiały i były utuczone. Na końcu została kura i dwa koguty. Mężczyźni zastanawiali się, którego zostawić. Dwa koguty i jedna kura muszą walczyć, więc dopuścili je do siebie i obserwowali, który lepszy.

Później Adam przyniósł koty. Najwięcej było ich około siedemnastu. Kot, którego mieli najdłużej nazywał się Murza. Jego imię wzięło się stąd, że Helena, zawsze jak ktoś się upił mówiła, że „nabrał się jak popowa murza”. W Indurze pop miał psa Murzę, a ktoś tam pędził bimber, nastawił zacier i ta Murza urwała się od popa, napiła się zacieru i szła przez całą Indurę pijana do popa i wszyscy się w miasteczku śmiali, że tak się popowa Murza nabrała czyli napiła.

Najważniejszym zwierzęciem był Negro, lubelski cygan. To był ładny pies, owczarek niemiecki, rodowodowy. Wybrał go Konrad. Adam pojechał po psa, wziął syna ze sobą i kazał mu wybierać. Trafili na super psa, Grażyna jeżdziła z nim rowerem, żeby nie był zbyt gruby. Był czempionem krajowym i międzynarodowym. Jeździli z nim na wystawy. Sędziowie mówili, że powinni go sprzedać, albo ćwiczyć z nim, bo ma zadatki na pięknego psa. Ćwiczyli z nim i zaczął wygrywać. Żył 11 lat.

Adam

Do Adama mówiono „Jakub”. Chciał, żeby tak mówić, bo tak nazywali go w dzieciństwie. Uwielbiał wieś, zwierzęta, lasy. Kiedy był jeszcze dzieckiem i tylko zaczynały się wakacje rowerem jechał na Karolin na wieś. Miał też bzika na punkcie zbierania grzybów. Uwielbiał piknikować z kawą, jajkami, kiełbasą. Jak tylko gdzieś jechali obowiązkowo musieli brać jajka i piknikować. Nie od razu jeździli na grzybobrania i pikniki, bo najpierw nie umieli zbierać grzybów, potem nie mieli samochodu, były małe dzieci, ale już później, nawet kiedy Adam chodził o lasce, czy o kiju to chodzili.

W 1999 roku za trzynaście tysięcy kupili stary dom na Pojezierzu, koło Stefanowa w lesie, we wsi Zaróbka. Odremontowali go. Potem, po śmierci Adama, zgłosił się do Grażyny jego kolega, który był chętny kupić ten dom. Mieszka tam do tej pory.

Miejsca

Ulubione miejsce Heleny było przy piecem. Kiedy jeszcze Helena nie była sparaliżowana to Grażyna siedziała przy piecu. Tam było radio, obok łóżko i było się zasłoniętym w kącie z książką. Tu Grażyna uciekała w świat fantazji. W kuchni się mało siedziało bo kuchnia była nieprzyjemna. Była też leżanka, na której Bolesław, który skoro świt wyjeżdżał, się rozkładał. Helena, która przychodziła z zakupów z obolałymi nogami również. Ciotka siedziała na stołeczku obok kuchni, tam miała swoje miejsce przy drzwiczkach, przy ogniu. Grażyna zawsze marzyła, żeby mieć swój pokój. Kiedy była dzieckiem spała między Heleną i Bolesławem, bo mieli dwa zsunięte łóżka. Wcześniej jeszcze z rodzicami, ale zbuntowała się i chciała zostać z dziadkami.

Cud

Helena pochodziła z rodziny z prawosławia, ale była katoliczką i to prawdopodobnie od wczesnej młodości, kiedy zaprzyjaźniła się z księdzem. Bolesław nie praktykował, ale wierzył w Boga. Ciotka w ogóle. Oglądała tylko Kraj Rad, czasopismo, które pokazywało, jak to w komunie jest dobrze. Wywodziła się z komunistycznej wsi, takie tam było środowisko. Przyjęła, że tak ma być. Do kościoła nie chodziło się co niedziela. Siostra Romy była bardzo pobożna. Była dobrym fachowcem, więc została dyrektorem renomowanego przedszkola w Bydgoszczy, mimo, że wiedziano, że jest wierząca. Wszyscy notable partyjni oddawali tam swoje dzieci. No i chcieli tam zdejmować krzyże, a ona powiedziała, że nie pozwoli na to, prędzej mogą ją zwolnić. Roma uznawała święta, uczyła Grażynę modlitwy, wysyłała do kościoła, ale sama nie chodziła. Roman tak samo. W 1949 roku w katedrze lubelskiej wydarzył się rzekomy cud i zapłakał obraz. Przed obchodami tego do klasy Grażyny przyszła wychowawczyni i zabroniła iść pod katedrę, bo to miało potem swoje konsekwencje. Grażyna zaczęła się buntować.

Potrawy

Potrawy, które się jadło były głównie wschodnie. Parę tygodni przed świętami kupowało się indyka albo gęś, tuczyło go, wpychało się na siłę jedzenie, jak teraz też robią na gęsie wątróbki. Jadło się bardzo mało smażonego mięsa, natomiast gotowało się gar zupy, ale w niej było dużo mięsa i kości. Przeważały barszcze, kapuśniaki. Rzadko robiło się takie delikatne zupy. Mięso wybierało się na talerz, czy to wołowina była, czy wieprzowina i jadło się z chrzanem i chlebem. Śniadanie to zwykle była bułka z masłem, dżemem i serem białym oraz herbata z cytryną. Ciotka Helka pomagała gotować i ona była pomocą cały czas, również sprzątała.

Książki

W domu było mnóstwo książek, ale kiedy Adam i Grażyna likwidowali veritas połowę wywieźli do antykwariatu. Książki zbierała Grażyna. W końcu powiedziała, że więcej już ani jednej książki nie kupi, ale kiedy założyli veritas to im przysyłano. Zbierali atlasy.

Zabawa

Roman nazywał Grażynę fajfus, bo miała być synem. Poza tym miała słabe włosy, więc ścięli ją na łyso. Roman jeździł na takie narady, bo on pracował w gorzelni to jak przyjeżdżał z Lublina z narad to przywoził jej prezenty: kapelusz albo klocki, jeśli chodzi o takie rzeczy nie do jedzenia. Więc kapeluszy była w domu cała kolekcja i to różnych, ale nikt w nich nie chodził, tylko na zabawy później. Jeśli chodzi o jedzenie to jeśli trafił przywoził owoce, albo napoleonkę, ptysia, czy rurkę z kremem. Ponieważ Grażyna była niejadkiem to w ramach mięsa jeszcze ewentualnie kupował parówki albo mortadelę, bo to tolerowała. Poza tym dzieci bawiły się na ulicy.

Mężczyźni i kobiety

W domu był podział na kobiety i mężczyzn. W pierwszych miesiącach małżeństwa Grażyny i Adama młodzi wybrali się gdzieś w gości. Adam przyszedł pijany, a Helena powiedziała Grażynie, żeby dała mu jeść. Kiedy Grażyna zaczęła mówić, żeby zrobił sobie sam, bo ona pracuje tak samo jak on, babcia wzięła ją oddzielnie na rozmowę i tłumaczyła, że żona powinna ugotować mężowi jedzenie jak przyjdzie, podać, uprasować koszulę.

Najlepsze kąski zawsze zostawały dla mężczyzn. To było przedwojenne myślenie, gdy mężczyzna zarabiał na utrzymanie domu. Helena myślała tymi kategoriami. Bolesław musiał mieć najlepszy sweter, szary, z wełny. Kiedy spał nikt nie mógł mu przeszkadzać. On mimo że był 20 lat młodszy był pełen szacunku dla Heleny.

Historie Bolesława

Bolesław lubił zmyślać historie. Raz, kiedy wrócił rowerem i był pijany Helena przestała się do niego odzywać. Zaczął jej opowiadać, jak to było, a ona siedziała dalej pod piecem i palcami kręciła młynki. W końcu po jakimś czasie Bolesław się zorientował, że jego gadka nic nie pomaga. Prosi ją, żeby choć jednym słowem się odezwała, ale ona nie reagowała. Mimo to jedzenie miał podane. Zaczął krzyczeć, żeby się odezwała, ale nie pomagało. Miał bardzo drogi szwajcarski zegarek w prezencie od Heleny. Zaczął uderzać tym zegarkiem o stół i mówić, że go rozwali. Wtedy Helena powiedziała „no i co robisz z tym zegarkiem”. Bolesław się uspokoił, bo się odezwała.

Raz przyjechał i mówił od progu „oj babiunki moje kochane, co mi się zdarzyło, diabeł mnie gonił” Grażyna jako dziecko wstała zaciekawiona. A on mówił „oj ty moje kochanie, ja tobie wszystko opowiem, bo one to nic nie wiedzą”, ale mówił tak głośno, żeby Helena słyszała jakie miał przygody. „Jadę ja, rowerem kręcę, patrzę, a przy rowie stanął sobie człowieczek w czarnym kapeluszu, miał złoty guziczek błyszczący, był na czarno ubrany, a ja mówię – chodź bracie, wezmę Cię na rower…”. Jechał po nocy już. „…i za chwilę nie mogę kręcić. On mnie blokuje. Ja nie mogę jechać. Idzie takich dwoje młodych, a ja mówię – diabła wziąłem na bagażnik. Idzie dwoje takich młodych, a ja im na bok dzieci, bo ja z diabłem jadę…”. Tak opowiadał Grażynie. „…no i później ja już z tej góry jadę, tam koło parku, na most i jak on zaczął tak mną rzucać i mnie łup na słupek i o – rękę sobie rozwaliłem. A ja w imię Ojca i Syna, na bok diabły, ja do domu muszę dojechać”. Grażyna była przejęta, czy kochanemu dziadkowi nic się nie stało, a on mówił: „no widzisz wnuniu tylko ty się nade mną użalasz, bo one nie chcą, nie rozumieją.” Albo mówił do Grażyny, gdy spała: „Ty wiesz Grażynko, kiedyś była bieda. Och jaki ja biedny byłem. Wyobraź sobie. Chciałem iść na zabawę, nie miałem koszuli, coś na siebie włożyłem, garnitur miałem, portki, ale koszuli nie miałem. To ja sobie garnitur szpilką do skóry przypiąłem. Bo na zabawę to krawat musi być.” Opowiadał też: „ty sobie smacznie na poduszce śpisz, a ja kamień sobie brałem pod głowę, bo poduszki nie miałem. I musiałem spać – taka bieda była” Wtedy pracował w hucie szkła. Pierdoły opowiadał.

1 3:57 http://ninateka.pl/film/andrzej-piekutowski-los-wybral-leczna-wfdif na tarasie widać bawiące się dzieci – wśród nich jest Konrad i Krzysztof, dzieci Adama i Grażyny

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s